Historia pewnego drzewa

Zdjęcie, które jest ilustracją do tego wpisu, to widok na mojej ulicy. Każdego dnia kiedy wychodzę z domu, mam przed oczami mały miejski park, a właściwie parczek. Kilkanaście drzew, parę ławek, zupełnie nowe latarnie i dwie krzyżujące się alejki. Gdyby nie wkomponowane w zieleń osiedlowe śmietniki, ktoś powiedziałby „czysta poezja”.

Nie o parczku jest jednak ten post. Przyroda wciśnięta w miejską przestrzeń będzie źródłem innych refleksji. Teren oddziela od chodnika i umiarkowanie ruchliwej drogi żywopłot. Właściwie to kilka krzaczków posadzonych obok siebie, które tworzą coś w rodzaju zielonego parawanu. Kiedy się przyjrzeć,  widać że nie jest jednorodny. Jego istotną część stanowi roślina, która do rodziny krzewów z pewnością nie należy, a którą ktoś z rozmysłem wkomponował w parkowe ogrodzenie.

Zastanawiałem się czy kasztan, który jest bohaterem tej krótkiej historii od zawsze był traktowany jak żywopłot, czy może wcześniej był dobrze zapowiadającym się młodym drzewem. Sądząc po tym jak jest bujny i rozłożysty, można przypuszczać, że rośnie tu od dawna. Wyrósł przez przypadek, czy został celowo zasadzony? To drugie chyba odpada. Gdyby tak było, to dlaczego ktoś przycina go każdego lata i z uporem maniaka zrównuje z rosnącym obok żywopłotem?

Na zdjęciu tego dobrze nie widać,  ale tuż obok po prawej stronie rośnie drobnolistna lipa. Może więc to ona jest w zmowie z miejskim ogrodnikiem, którego w sobie znany sposób przekonała, by ten nie pozwalał nazbyt wyrosnąć konkurencji? Kasztan jest potężniejszy i za jakiś czas, mógłby ją zdominować, pokonać. Nie wiadomo. Jednak ile razy patrzę na to drzewo, tyle razy nachodzą mnie podobne pytania i jedna na wskroś ogólnoludzka analogia.

Czy jestem jak to drzewo i każdego dnia, daję się strzyc konwenansom i oczekiwaniom środowiska? Bez słowa sprzeciwu pozwalam by „znajomi” ogrodnicy modelowali mój wizerunek, tak by pasował do obrazka. Może zwyczajnie przestałem pamiętać o swojej naturze i mniej lub bardziej świadomie pozwalam na te regulujące zabiegi, ale może jest też inaczej…

Sam wyciągam sekator bezpieczeństwa i tnę tak mocno, że aż boli. Wszystko, by tylko upodobnić się do otoczenia, w obawie przed identyfikacją i strachem przed lipą…